Wywoływanie slajdów? Bułka z masłem!


Provia 400 wywołana, wysuszona, zapakowana i nawet w międzyczasie poskanowana. Efekty przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Sądziłem, że przy pierwszym wywoływaniu uzyskam wynik może przyzwoity. Myliłem się. Slajd wyszedł doskonale, śmiem twierdzić, że żaden lab, z jakich do tej pory korzystałem nie dał takiej jakości.
Uwadze polecam zdjęcie po lewej. Takiego nasycenia barw na Provii nie miałem nigdy. Faktycznie to co napisał Marek Madej w swoim „E-6 krok po kroku” jest prawdą – wołanie samodzielne daje naprawde doskonałe efekty.
Resztę filmu, a raczej skanów z niego można zobaczyć tutaj.

Co i jak?

Dla potomności opiszę jak stałem się posiadaczem maszynerii i sposób wołania.

Na początku był chaos – w przenośni i dosłownie. Z jednej strony stara zasada mówiąca „chcesz mieć dobrze – zrób to sam” (alternatywnie – masz tak, jak sam spieprzyłeś i nie zwalisz tym razem na lab), z drugiej zaś kompletny brak doświadczenia w wywoływaniu czegokolwiek, brak wiedzy o procesie oraz dziwne przeświadczenie, że jeżeli wywoływanie byłoby proste, to każdy by sobie sam robił i nie zawracał głowy labom. Jednak wraz z upływem czasu docierałem do coraz większej ilości materiałów mówiących, że to da się zrobić samemu, jak też do ludzi, którzy maczali w tym palce. Przeświadczenie o możliwości samodzielnego wywoływania ugruntowało się dość mocno, bo skoro inni mogą, to czemu ja nie (i dlatego cały czas mam nadzieje, że zacznę robić zdjęcia, a nie knoty, w końcu innym wychodzą...).

Etapem kolejnym był wybór sprzętu. Znów czas jakiś spędziłem na dowiadywaniu się, jak można wołać. W zasadzie można wołać na trzy sposoby: dobrze, źle i przez okno. Dwa ostanie sposoby nie dają, niestety, zadowalających rezultatów, szczególnie ten ostatni zamiast slajdów wywołuje wściekłość sąsiadów oraz dzielnicowego z komisariatu. Druga metoda wywołuje złość wołającego, co również bywa frustrujące.
Skupiłem się więc na pierwszej metodzie. I okazało się, że dobre rezultaty osiąga się dwoma rzeczami – czystością i temperaturą. Czystość chyba nie wymaga opisania – sprzęt musi być czysty, żeby stara chemia nie paskudziła nowej. Temperatura zaś musi być ustalona bardzo dokładnie, czyli 38±0,3 ºC. Jako, żem leń, to po przeczytaniu wzmiankowanego już artykułu „E-6 krok po kroku” stwierdziłem, że zabawa z wanną i utrzymywaniem w niej temperatury mi niespecjalnie odpowiada, wolę nabyć maszynę, która sama zadba o temperaturę. Pozostał wybór urządzenia. Było to o tyle proste, że na rynku są w zasadzie dwa rodzaje urządzeń przeznaczonych dla amatorów i półprofesjonalistów, a do tego wszystkie firmy Jobo. Pierwszy, to maszynki obsługiwane ręcznie, czyli seria CPx, a drugi to pełne automaty z serii ATL. No dobrze, są jeszcze automaty Colortec, tylko przez dwa lata zdarzył się jeden taki wystawiony na ebay-u, czyli sprzęt tak rzadki, że można go pominąć.

ALT-2 Do amatorskiego wywołania zdecydowanie najbardziej nadają się minilaby ręczne. Raz, że są mniejsze, dwa, nie wymagają do pracy szczególnych warunków – ot, podłączenie do bieżącej wody z kranu, do prądu i zapewnienie odpływu, czyli wszystko to, co ma każdy w łazience. W odróżnieniu od nich, laby automatyczne wymagają dodatkowo zasilania ciepłą wodą do płukania która nie dość, że musi mieć odpowiednią temperaturę, to jeszcze musi być przefiltrowana. Powyższe nie dotyczy colorteca – ten nawet nie musi mieć bieżącej zimnej wody, a odpływ można skierować do wiadra.
Rozeznawszy temat zacząłem się zasadzać na jakiegoś minilaba na ebay-u. I cóż, okazało się, że jeśli jest jakiś interesujący, to albo sprzedawca nie chce go wysłać (tylko odbiór osobisty), albo osiąga on nieprzyzwoita cenę. Co najlepsze, duże, w pełni automatyczne maszyny były sprzedawane za grosze (bo odbiór wyłącznie osobisty). I to spowodowało, że zamiast minilabu ręcznego kupiłem w Niemczech, za rozsądne pieniądze (35 euro plus jakieś 500zł za podróż tam i z powrotem do Trieru ;) ) autolab Jobo ATL-2.
Tak na marginesie – tydzień później na ebay-u za 1 euro (tak, JEDEN euro) poszedł komplecik ATL-3 sprawny + ATL-3 na części. Muprhy się kłania ;)

Urządzenie zostało dokładnie przeglądnięte, wyczyszczone, wymieniłem kilka części (np. węże podające chemię), usunąłem i położyłem na nowo uszczelnienia silikonowe, a dodatkowo sprawdziłem i wyregulowałem nastawy temperatury i ilości podawanej chemii. W końcu, po tygodniu prac maszyna była gotowa do wywoływania. Filtr Po przygotowaniu autolaba przyszła kolej na infrastrukturę. We wszystkich opracowaniach jakie znalazłem na sieci oraz we wszystkich rozmowach z innymi wywoływaczami kładziony był nacisk na jakość wody używanej do procesu. Ponieważ ATL-2 wymaga zasilania wodą do płukania o temperaturze 38 stopni, a z prób jakie przeprowadziłem wynikało, że zużycie wody na proces 3 kąpielowy w dużym tanku to jakieś 15 litrów (niespodzianka - 6 kąpielówka potrzebuje mniej wody, ma tylko dwa płukania) postanowiłem nie bawić się w kupowanie wody demineralizowanej w baniakach, tylko wyprodukować ją sobie na miejscu. Tutaj mała dygresja - woda destylowana obecnie istnieje tylko w laboratoriach i to rzadko. To, co popularnie nazywa się wodą destylowaną jest tak naprawdę wodą demineralizowaną, uzyskiwaną za pomocą filtrów odwróconej osmozy. Parametry takiej wody są lepsze niż wody z klasycznej destylarki, a koszt jej uzyskania o wiele mniejszy. Z tego powodu produkcją wody zajął się u mnie kupiony zestaw filtrów, którego trzonem jest membrana odwróconej osmozy. Korzyść dodatkowa - mam dobrą wodę na kawę i herbatę ;) Hydraulika Sam filtr ma jednak za małą wydajność, żeby zasilić autolaba, który wymaga ciśnienia wody 1-6 atmosfer (dane z instrukcji, nieco na wyrost, wewnętrzne ATL i tak obniża ciśnienie do 0,5 atm. i dopiero poniżej tego ciśnienia ilość wody do płukania zaczyna się zmniejszać). O ile bez poboru wody ciśnienie jest OK (niemal 3 atmosfery), to wydajność zestawu filtracyjnego nie pozwala na bezpośrednie czerpanie wody. Dlatego też konieczne było zamontowanie zbiornika wyrównawczego o pojemności 24 litrów. Oprócz tego jeszcze bojler o pojemności 10 litrów, który podgrzewa wodę do 38 stopni, sterowany elektronicznym termostatem, bo standardowy dawał histerezę temperatury ponad 10 stopni, a ATL wymaga mniej niż 2 stopnie. Na szczęście zestaw do samodzielnego montażu za parę złotych daje radę i trzyma temperaturę z odchyłką nie większą niż 1 stopień. Do tego jeszcze węże zasilające autolab, wąż odpływowy, wąż przelewowy... I koniec hydrauliki. Proste, prawda? ;)

Jedyny mankament jaki moja instalacja posiada, to istnienie dość długiego przewodu między bojlerem, a samym labem. Kiedy lab nie pobiera wody do płukania, to temperatura na tym odcinku spada, skutkiem czego kiedy rozpoczyna się płukanie, woda ma niższą od wymaganej temperaturę. Jednak moje wątpliwości się rozwiały, kiedy się zastanowiłem nad tym głebiej. Otóż zestaw do podgrzewania wody, jaki oferuje Jobo również ma dość długi przewód łączący go z labem. Zatem to, że pierwsze płukanie będzie miało temperaturę trochę niższą nie powinno wpłynąć na sam proces, o ile ostatnie będzie już we właściwej temperaturze. A będzie, bo już po pierwszej wymianie wody do przewodu napłynie woda podgrzana. Chodzi przecież o to, żeby kolejna chemia ładowana do koreksu nie napotykała na zimny materiał który odbierze jej ciepło doprowadzając do spadku temperatury.

Samo wywoływanie w zasadzie jest proste.
Najpierw rozrobiłem chemię. Proporcje są podane przez producenta, więc problemu z tym nie ma wielkiego. Jedna uwaga, której nie ma w instrukcji (przynajmniej Tetenala), a która jest dość ważna – najpierw odmierzamy odpowiednią ilość wody, a potem do niej dolewamy chemię. Inaczej może dojść do strącenia się osadu przy połączeniu obydwóch części wywoływacza barwnego.

Chemia Menzurki Mycie

W czasie tej operacji, zresztą tak samo jak przy innych, gdzie mamy do czynienia z chemią ważne jest zachowanie czystości. Dlatego też każde naczynie (butelkę, menzurkę) trzeba dokładnie umyć. Nie tylko wypłukać, ale kilka razy nalać wodę i energicznie potrząsać przez kilkanaście sekund, aby wypłukać wszystkie pozostałości.
Rozrobioną już chemię przelałem do odpowiednio oznaczonych plastikowych butelek - używam nieprofesjonalnych 0,5l po Cisowiance, mają gładkie ścianki, a do tego sa tanie. Każda z nich jest oznaczona, tak samo jak zakrętki. Chodzi o to, aby się nie pomylić, bo założenie na butelkę zakrętki od innej poskutkuje spapraniem chemii i wywołaniem metodą drugą, jak już pisałem - mocno frustrującą
Odmierzanie Butelki Oznaczenia

Lodówka Ciemnia Butelki włożyłem do lodówki na wymagane minimum 12 godzin stabilizacji. Zgodnie z zaleceniami wszystkich Wiedzących przygotowałem tyle chemii, ile było mi potrzebne, czyli na dwa filmy 270ml. Kolejny krok to nawinięcie filmu na szpulę koreksu. Wcześniej kilkanaście razy przetrenowałem tą czynność za pomocą jakiegoś starego negatywu (z zamkniętymi oczami). Kiedy już uznałem, że umiem, zamknąłem się w ciemnicy (czytać - łazience) i nawinąłem slajd na szpulkę. Poszło bez problemów.
Podbudowany tym przystąpiłem do operacji wywoływania. Manometr instalacji wody pokazywał ładne 2.8 atm., zatem ustawiłem maszynę na miejscu, podłączyłem, odkręciłem zawory i włączyłem ATL-a który ładnie zamruczał wentylatorkiem, zamrugał lampkami sygnalizując gotowość do pracy, a następnie zaczął się nawadniać i nagrzewać. Zaaplikowałem najpierw cykl czyszczący, polegający na nalaniu wody do butelek laba, ustawieniu program i uruchomieniu go.
Nalewanie chemii Start wywoływania Płukanie
Po czyszczeniu - czas na nalanie chemii. Najpierw pierwszy wywoływacz, potem dokładne zakręcenie butelki i założenie do niej termometru - zgodnie z instrukcją pierwszy wywoływacz jest niesamowicie czuły na zabrudzenie wywoływaczem koloru i odbielaczem, ponoć wystarcza nawet kontakt z oparami tychże, żeby jakość zdjęć spadła znacząco. Potem kolej na wywoływacz kolorowy i odbielacz. Stabilizator, aplikowany w niższej temperaturze zostawiam obok labu w butelce. Pozostało ustawienie czasów procesu na 7 minut pierwszego wywoływania i po 6 minut na kolejne dwie kąpiele, pomiędzy nimi 2:30 płukania, a na końcowe aż 4 minuty. Potem sprawdzenie powtórne, czy wszystko jest w porządku... I jazda :D
W zasadzie dalej ATL robi wszystko sam. Nagrzewanie 5 minut, pierwsza chemia, płukanie, druga, płukanie, trzecia, płukanie, koniec programu. Pozostało tylko wlać stabilizator, przez minutę poturlać koreks na stole, wylać stabilizator, wziąć głęboki oddech, otworzyć koreks.....
I na skutek niedoczytania do końca stwierdzić, że się coś spieprzyło, bo slajd wygląda na:
  1. Zadymiony
  2. Zaniebieszczony
  3. Do bani
  4. Jak poniżej
Czyli wywołany sposobem drugim...
Slajd po wywołaniu
Cóż, taki czy inny wysuszyć trzeba, więc po zawieszeniu na zaimprowizowanej suszarce (wieszak do ubrań + 4 klamerki do bielizny) wróciłem do komputera, gdzie przeczytałem do końca to, co Kuba Roguski napisał i odetchnąłem - ponoć slajd tak ma wyglądać i przechodzi to w czasie suszenia. Istotnie, w miarę wysychania slajd zaczął wyglądać jak slajd, a do tego zaświecił ładnie kolorkami, zaś zaświetlony ogonek stał się przeźroczysty, a niezaświetlony smoliście czarny. Po 30 minutach suchy już slajd powędrował do koszulek, a chwile potem do skanera.
Suszenie Pojawianie się kolorów Pakowanie Cięcie

Na koniec jedna uwaga odnośnie stabilizatora. Otóż w instrukcji do chemii znajduje się uwaga, aby kąpiel stabilizująca była prowadzona poza labem i bez użycia sprzętu, który ma kontakt z resztą chemii. Podyktowane jest to tym, że nawet śladowe ilości stabilizatora chrzanią proces pierwszego wywoływania. Z doświadczenia innych wołających wynika, że to istotnie prawda, lecz przy zachowaniu odpowiedniej czystości, a przede wszystkim niedopuszczeniu do powstania zaschniętych resztek problem ten nie wystepuje. Dlatego też tuż po wyjęciu wywołanych slajdów z koreksu cały koreks wraz ze szpulami ląduje w wodzie, gdzie czeka na porządne mycie, które usunie resztki kąpieli stabilizującej doszczętnie.


2008.06.30 Adam Plaszczyca

Zdjęcia: Karolina Godyń-Płaszczyca